O korzyściach płynących z posiadania warsztatu

Jesienią kończyłem 40 lat i w ramach rozpoczynającego się kryzysu wieku średniego postanowiłem rzucić się na nowe hobby: modelarstwo. To co zaczęło się z prostej chęci pomalowania paru figurek, zabrało mnie w miejsce, do którego się nie spodziewałem: własnej pracowni.

Warsztat jako miejsce gdzieś

Gdy jeszcze przed pandemią zaczynałem pracować zdalnie, moim miejscem pracy był sekretarzyk PS 2014 z Ikei. Udało mi się wcisnęć laptopa i dodatkowy monitor, miałem tam wszystko czego potrzebuję do roboty PMa w polskich domach kodu. Mebel wędrował po całym mieszkaniu, bo Covid zbiegł się z narodzinami drugiego dziecka, więc możecie wyobrazić sobie, że sytuacja była lekko napięta.

Ale to właśnie w tym setupie napisałem lwią część “Natychmiast to skasuj”.

Przeprowadziliśmy się do nieco większego mieszkania, które pozwoliło wygospodarować cały pokój na “pracownię”. Naiwnie założyliśmy z Martą, że będziemy potrafili pracować w jednym pomieszczeniu. Szybko okazało się jednak, że robota każdego z nas polega na spędzaniu wielu godzin dziennie na spotkaniach, więc druga osoba nadająca łokieć obok do swoich ludzi to było za dużo. Zostałem więc z dwuosobowym biurkiem wyłącznie dla siebie. Źle zaprojektowanym zresztą – blat jest za wysoko. Potem podczas sesji BHP dowiedziałem się, że powinienem przy nim zupełnie inaczej siedzieć.

Z perspektywy pięciu lat cały pomysł na pomieszczenie okazał się porażką o tyle, że w godzinach południowych jest w nim zwyczajnie za gorąco. Gdybym wiedział, że będziemy pracować oddzielnie, pracownie urządziłbym w kanciapie, która robi za naszą sypialnię. Ale przynajmniej ma okna na północ. Ale jak człowiek przesadzi z zabudową pod wymiar, to potem musi żyć z konsekwencjami.

Jeśli zmienialiście kiedyś robotę pracując zdalnie w tej branży wiecie jakie to dziwne uczucie – dostajecie nowego laptopa, którego ustawiacie w tym samym miejscu co poprzedniego, często logujecie się do tych samych aplikacji, ale widzicie awatary innych ludzi na Slacku czy innych Teamsach.

Przy tym nowym biurku przeredagowywałem “Natychmiast to skasuj”, a także popisuję drugą książkę.

Z czasem biurko zostało nieco skrócone, aby zrobić więcej miejsca dla “kącika multimedialnego”, ale generalnie pomieszczenie funkcjonuje jako “moja pracownia”. No bo w końcu tam pracuję, tak?

Firmowy laptop, monitor, służbowa komórka, notes, słuchawki. Niewiele potrzeba do tej roboty. A modelarstwo? O panie…

Na początku było parę farbek i pędzelków. Specjalny klej. Uchwyt do trzymania figurek. Potem wjechały dodatkowe puszki z farbami do podkładowania i lakierem do wykończenia. Z każdym kolejnym projektem narzędziownik puchł i przestał się mieścić w jednym pudełku po butach. Na gwiazdkę dostałem od rodziny większą matę i pierwszy stojak na farby i pędzle. Tak, pierwszy. Kupiłem sobie ledową lampkę z białym światłem. Mokrą paletę. Zrobiłem własną suchą paletę. Kupiłem mydło do pędzli. Pensety, cążki, skalpele, tubki z tanią farbą, które używam do makiet. Magnesy. Słoiki z masami do bazowania i różnymi chemicznymi środkami do czyszczenia.

Dużo tego i co tydzień coś nowego da się znaleźć. Na przykład ostatnio kupiłem “chwytak do gąbek do ombre”, bo manicure ma wiele wspólnych narzędzi z malowaniem plastikowych ludzików.

Ogólnie, mam w sobie coś takiego, że nie lubię bałaganu. Co pewnie mocno dziwi moją matkę, pamiętającą jak wyglądał mój nastoletni pokój. Być może na starsze lata coś mi się w głowie przestawiło. Biurko w pracowni jest jedno i nie jestem w stanie trzymać tego modelarskiego majdanu na wierzchu, bo irytuje mnie w pracy. Ostatkiem rozsądku powstrzymałem się przed zamówieniem zestawu segregatorków od polskiej firmy HobbyZone.

Zamiast tego trzymam to wszystko wewnątrz szafy.

Mam swoje rytuały. Gdy wieczorem przychodzi czas na malowanie, trzeba przygotować farby, których potrzebuję. Usiąść. Wstać, bo przypominam sobie, że nie wziąłem pędzli. Usiąść. Wstać i wymienić wodę w słoiku. Usiąśc. Wrócić się po ręcznik papierowy. Prawie usiąść i cofnąć się po paletę. Westchnąć, że zasługuję na biurko z segregatorkami. Przekręcić lampę na właściwą pozycję. Potem maluję, składam lub kleję, od czasu do czasu jakieś dziecko przychodzi popatrzeć co robię. Na koniec chowam to wszystko, myję pędzle, wycieram matę. Miejsce jest gotowe na kolejny dzień pracy.

Inspiracją dla organizacji warsztatu jest dla mnie pracownia Caseya Niestata. Gdzie wszystko jest na swoim miejscu, ale jednocześnie nie musi mieć eleganckich etykiet. Nosi widoczne ślady zużycia. Jak mata do cięcia, którą regularnie myję, ale która jednocześnie z każdym tygodniem jest bogatsza o kolejne blizny.

Jednocześnie żyję w poczuciu, że to wszystko niedługo się skończy. Dzieci robią się coraz większe i wkrótce przestaną się mieścić w jednym pokoju. Któremuś będę musiał oddać swoją pracownię i przenieść się z biurkiem do sypialni. I pogodzić się z używaniem rozmazanego tła na zdzwonkach, aby schować bałagan na łóżku.

Warsztat jako miejsce w głowie

Interesujące w modelarstwie jest to, jak wyraźnie dostarcza mi informacji, że nauczyłem się czegoś nowego. Jest to uczucie, którego nie dostrzegałem w pracy zawodowej czy pisarstwie. Jasne, siłą rzecz muszę się uczyć czegoś nowego pracując, ale nie mam tego zupełnie rozpoznanego. Większość mojego doświadczenia płynie z poznawania kolejnych osób w ramach bardzo dużej, złożonej organizacji.

A w modelarstwie gdy chcę sprobować jakiejś techniki na nowym ludziku, to wchłaniam odpowiednie poradniki z sieci i mogę niemalże z miejsca wprowadzać je w życie. Rzecz jasna już po tym jak wrócę z pobliskiego sklepu z nowymi gadżetami.

Tutaj jest zresztą ogromna różnica względem lat 90-tych, gdy też próbowałem sklejać i malować. Wtedy nie miałem od kogo się uczyć. Teraz? Na każdy dowolny modelarski temat są setki godzin na YouTubie lub płatnych poradników. Największym wyzwaniem jest przestać oglądać i zabrać się do właściwiej roboty. Gdzieś usłyszałem, że jeśli chcemy się czegoś nauczyć, to 80% czasu z tym związanego powinniśmy poświęcić na właściwie robienie, a jedynie 20% na teorię. Ciągle sobie o tym muszę przypominam, bo łatwo ugrzęznać na kanapie oglądając kolejne poradniki o tym samym.

Przez to, że projekty są stosunkowo krótkie, to już po paru dniach, góra tygodniach, mogę powiedzieć, że nauczyłem się czegoś nowego. Jednocześnie, mam świadomość, jak wiele jest jeszcze przede mną.

Robię jako project manager już jakieś dziesięć lat i w tej robocie nie ma wyrobiłem sobie żadnego konkretnego narzędziownika. “Znajomość pakietu Office” załatwia jakieś 95% przypadków. W jednej z firm nauczyłem się wykorzystywać wirtualne tablice typu “Miroboard” i widzę, że to mnie nieco odróżnia od kolegów siedzący w epoce Excela łupanego (pozdrawiam serdecznie) lub rysowania tabelek w PowerPoincie (ugnhhhh).

Parę tygodni temu uczestniczyłem w kursie przygotowującym do jednego certyfikatu z cyberbezpieczeństwa. W tej działce, mimo, że jak większośc biuroli “pracujesz przed komputerem”, korzystasz z dziesiątek różnych, bardzo specjalistycznych programów. Bardzo mocno mi to kontrastuje z codziennością PMa.

Jak być może niektórzy pamiętają (niestety) kilkanaście lat temu próbowałem prowadzić kanał na YouTubie. Wymagało to ode mnie nauczenie się korzystania ze sprzętu wideo, a także oprogramowania do obróbki i montażu. Pamiętam, że była to dla mnie straszna mordęga. Od strony kreatywnej, pisanie i malowanie figurek mają dla mnie to ze sobą wspólnego, że dosyć szybko uzyskuje się jakiś efekt, a wprowadzenie punktowych poprawek jest stosunkowo łatwe. Tworzenie wideo? Nienawidziłem czekać godzinę na render, tylko po to aby przekonać się, że o czymś zapomniałem. Albo raz kolega zrobił mi przysługę i pozwolił nagrać materiał na pustym stadionie Legii. Pojechałem, nagrałem. Wróciłem do domu i zorientowałem się, że praktycznie nic nie słychać z tego co mówię. Nie mam w sobie takiej dokładności.

Nie jest oczywiście tak, że niczego się w pracy nie uczę. Być może po prostu mój mózg lubi przyjemność z robienia krótkich projektów wyłącznie dla siebie. Istotna jest też manualność procesu. Coś skleić, tamto ulepić. Trzymam w ręku konkretne narzędzie.

Zmarły dziadek pozostawił po sobie na balkonie całą szafę wypełnioną narzędziami i zapasami. Nadal są tam gwoździe, które zebrał w latach 90-tych do puszki po kawie, którą znalazł zanim się urodziłem. Przez lata zaledwie ślizgałem się po powierzchni tych zbiorów, bo nie brałem na siebie żadnych większych domowych projektów. Teraz czuję, że modelarstwo otworzyło mnie na majsterkowanie. Dało więcej pewności siebie. Nigdy nie uważałem siebie za szczególnie dokładną osobę, dążę do rezultatu jak najszybciej i jestem niewolnikiem podejścia good enough.

Ale gdy ostatnio popsuła mi się lampka biurowa, bez której nie mógłbym malować, wyjąłem lutownicę, którą kiedyś dostałem od ojca i po raz pierwszy w życiu zlutowałem kable. A ułamany przegub naprawiłem przy pomocy trytytek i dwóch patyczków. Wygląda wspaniale.

Kapitalnym aspektem tej fizyczności jest też to, że z czasem uczysz się wykonywać własne narzędzia skrojone dokładnie pod swoje potrzeby. Mam więc suchą paletę z opakowania po kredkach, deskę do hurtowego podkładowania figurek i stojaki na schnące pędzle zrobione z klocków Lego.

Podstawowa nauka i przesłanie jest takie, że jeśli macie okazję do robienia czegoś poza ekranami, to nie wahajcie się i to zróbcie. Nawet jeśli to plastikowe ludziki, którymi nigdy nie zagracie, bo koledzy nie mają czasu.

Na wakacyjny urlop kupiłem sobie model F-14A. Zamierzam usiąść na tarasie domku letniskowego i sklejać, sklejać, sklejać. Tylko czy potrzebuję specjalnej walizki, aby wszystko z sobą zabrać? Hmmm

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *