MFKiG 2025 – minirelacja

Po blisko czternastu latach przerwy ponownie odwiedziłem Międzynarodowy Festiwal Komiksu i Gier w Łodzi. Tym razem w zupełnie innych charakterze.

W przeszłości bywałem na MFK(jeszcze bez iG) jako typowy odwiedzający, zainteresowany kupieniem nowych komiksów znajomych, a także jako prowadzący prelekcje. Na ogół to były szybkie wyprawy – rano pojechać, wieczorem wrócić, chyba dosłownie raz nocowałem w Łodzi.

W tym roku było inaczej, bo po raz pierwszy pojawiłem się jako prelegent, a także jako wystawca. Co z miejsca sprawiło, że nie mogłem poświęcić zbyt wiele czasu na część festiwalową, zamiast tego koncentrując się właściwie wyłącznie na targach.

Wyświetl ten post na Instagramie

Post udostępniony przez konrad hildebrand (@hildebrandpisze)

Było inaczej niż na Pixel Heaven 2025. Powiedziałbym, że pod wieloma względami trudniej.

Od czasów Pixel Heaven nasze stoisko przeszło trzy upgrade’y:

  1. W ostatniej chwili kupiłem zielone prześcieradło, które wystąpiło w roli obrusa, nadając naszemu stoisku nobliwszy wygląd
  2. Mieliśmy panel płatniczy Sumup, który pozwalał obsługiwać płatności bez względu na to, kto z nas był akurat przy stoisku. Sprawdził się bardzo dobrze, nie trzeba było go doładowywać, zaciął się tylko raz, na szczęście nie podczas obsługi klienta
  3. W jedną z ramek ustawionych na stoliku wstawiliśmy cytat Artura Kurasińskiego o „cyberpunku z Żabki” i to był właściwie główny magnes, który przyciągał uwagę do naszego stoiska

Bo w porównaniu z innymi wystawcami, nasz stolik wyglądał jak ubogi krewny. Przez te kilkanaście lat widać jak mocno zmieniła sią oferta targowa. Pamiętam z początków dekady lekkie mydło i powidło, nie pasujące charakterem do komiksów. Teraz MFKiG to bardzo dużo „rzemiosła artystycznego”: breloczków, pluszaków, plakatów, printów. Masa ilustratorów oferujących ciekawe obrazy i miniziny.

Po naszej prawej było stoisko Eimmzy, oferujące m.in. erotyczne akty z bohaterami „Disco Elysium”, po lewej zaś stanowisko łączące w sobie komiksy Anny Zalewskiej, biżuterię, a także wydawnictwo Źin Ekipa. Sęk w tym, że na każdym z tych stolików było coś, co przyciągało wzrok. Można było podejść, przejrzeć, dotknąć.

A po środku my, po prostu z książką.

Pisałem już kiedyś, że nie chcę być tym smętnym debiutującym autorem, który siedzi za swoim stolikiem i czeka, aż ktoś się nad nim zlituje i zainteresuje okładką książki. Musiałem robić to co na Pixel Heaven – bezpośrednio zagadywać mijających nas ludzi. Często przy wesołości ekip z sąsiednich stolików, które w spokoju sobie siedziały i pozwalały aby ekspozycja mówiła za nich.

Było trudniej niż na Pixel Heaven pod kilkoma względami:

  1. tydzień przed imprezą Marta skręciła kostkę i nie było mowy, aby mogła przywieźć mnie do Łodzi samochodem, nie mówiąc o staniu przez dwa dni za stoiskiem. Zamiast tego w trybie awaryjnym pomóc zgodziła się moja siostra (z którą kiedyś jeździliśmy razem na MFK) z chłopakiem.
  2. MFKiG to tak na oko przynajmniej osiem razy większa impreza. Powierzchniowo, frekwencyjnie, statusowo. Mieliśmy stoisko na płycie, co zapewniało stały napływ odwiedzających, momentami tworzących zator w wąskiej alejce przy której staliśmy.
  3. Ludzi było dużo więcej i nie dało się zagadać do wszystkich, którzy znaleźli się w naszym pobliżu
  4. Publiczność MFKiG jest dużo bardziej zróżnicowana niż na PH – pod względem wieku, płci, zainteresowań czy statusu majątkowego. Trzeba było się szybko nauczyć, kto wygląda na potencjalnie zainteresowanego „Natychmiast to skasuj”, a kto nie
    • Chcę z tego miejsca serdecznie podziękować osobom odpowiedzialnym za identyfikację wizualną „Cyberpunka 2077” – osoby z czerwonym logiem Samurai były widoczne z daleka i na ogół okazywały się zainteresowane moją książką. Podobnie jak ten koleś z metalową ręką i w okularach przeciwsłoneczncyh
  5. Na początku próbowałem stać przed stolikiem i zagadywać ludzi, ale tłum zrobił się taki, że to nie miało sensu – gdy patrzyłem w lewo, przegapiałem ludzi, którzy nadchodzili z prawej. A na dodatek naprzeciwko nas było duże stoisko z jakimiś mangowymi gadżetami, przy którym non stop zatrzymywali się ludzie

Pisałem już kiedyś, że bycie straganiarzem to dla mnie duże wyjście ze strefy komfortu. Ja na ogół nie lubię zagadywać ludzi. Ale tutaj mam włączony tryb zadaniowy – bardzo chcę opowiedzieć im o mojej książce.

To bywa ciężka robota, wymagająca schowania dumy do kieszeni, gdy ludzie coś ci odburkują lub po prostu ignorują. Ale potrafi się też odwdzięczyć fajnymi rozmowami i poczuciem, że książka znajduje nowych czytelników.

Zabrakło nam paru rzeczy na naszym stoisku:

  1. Wizytówek lub ulotek, masa osób o nie prosiła. Część tego załatwialiśmy prosząc ich o zrobienie zdjęcia okładek
  2. Przydałby się duży kod QR z linkami do audiobooka/ebooka/instagramu
  3. Zamarudziłem i nie zamówiłem kolejnej partii naklejek, przez co skończyły się jeszcze w sobotę

Sobota była o tyle urozmaicona, że na zaproszenie Bartka Kluski miałem też wziąć udział w panelu o historii serwisu Polygamia.pl. Ludzi może nie przyszło za dużo, ale wystarczająco, aby miło się snuło wspominki z Piotrkiem Gnypem i Marcinem Kosmanem. No i mogłem wreszcie usiąść.

Pod koniec pierwszego dnia nogi mi się już trzęsły ze zmęczenia i słowa zaczynały się plątać. Janek Mazur zaproponował mi wybranie się na festiwalowe afterparty, ale jak pomyślałem, że musiałbym nadal stać i próbować rozmawiać przekrzyjując głośną muzykę, to wycofałem się do hotelu.

Zasypiając, miałem przed oczami kolejnych klientów, którym nawijałem o książce.

Niedziela była nieco spokojniejsza, ale tłum nadal potrafił gęstnieć na tyle, że trudno było się ludziom zatrzymać przy naszym stoliku. Ze śmieszniejszych sytuacji:

  1. Tak się podekscytowałem widokiem typa ze starterem do Dragonbane, że aż udało mi się sprzedać mu książkę
  2. W pewnym momencie przy naszym stoliku pojawił się Andrzej Pilipiuk, który co prawda nie był zainteresowany zakupami („mam cały regał wstydu”), ale był na tyle miły, że podzielił się kilkoma radami („najtrudniejsze jest pierwsze 20 książek, a potem już pójdzie”), a przede wszystkim przez to, że stał przy mnie na tyle długo, to parę osób zatrzymało się przy stoisku i dało się namówić na NTS. Efekt aury.
  3. Simplex z podcastu MKwadrat pojawił się z nowym modelem Kindla i złożyłem cyfrowy podpis na jego kopii ebooka
Wyświetl ten post na Instagramie

Post udostępniony przez konrad hildebrand (@hildebrandpisze)

W liczbach bezwzględnych sprzedaliśmy więcej książek niż na Pixel Heaven. Ale chyba najważniejsza była możliwość spotkania się z całą masą znajomych, często takich, których nie widziałem dosłownie od ponad dekady.

Na ten moment odwiedziliśmy już imprezę grową, imprezę komiksową, czas chyba wreszcie pojawić się na jakiejś książkowej.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *