kmh

Nazywam się Konrad Hildebrand i za dnia jestem zwyczajnym dwudziestoparolatkiem walczącym o miłość, sprawiedliwość i lepsze jutro. Obecnie zajmuje się robieniem internetów w dużej firmie z całkiem znośną stołówką. Wcześniej zajmowałem się masą interesujących rzeczy, m.in. prowadzeniem magazynu Motyw Drogi, który aktualnie znajduje się w stanie hibernacji. Ale to się zmieni. Tutaj wrzucam wszystko to, co o czym nie chce zapomnieć.
Można mnie również znaleźć na:

praca z domu dla serwisu internetowego ma swoje liczne plusy i minusy, jak każda. jednym z plusów jest to, że nie trzeba tracić codziennie czasu na dojazdy, minusem, że przez cały dzień w mniejszym lub większym stopniu cały czas w tej pracy się jest. Kiedy więc po raz pierwszy od miesiąca miałem dzień wolny, byłem pełen nadziei.

Powodem dnia wolnego był oczywiście Festiwal Kultury Komiksowej Ligatura, na którym to miałem wraz z Łukaszem się prezentować, jako Motywdrogi.pl. Szef mój pełen jest zrozumienia dla Walki o Lepsze Jutro Polskiego Komiksu, więc zgodził się na wolne mimo, że jak na weekend sporo było do roboty (międzygalaktyczny turniej FIFA, te sprawy). Gdybym wiedział…

Już mniejsza o samą prezentację, o której więcej będzie na samym Motywie, bo nie miałem zbyt wielkich oczekiwań i złudzeń i jechałem sprawdzić, że “a może jednak” i przy okazji zobaczyć się ze znajomymi. Ale wybrałem się jak sójka za morze.

Jechaliśmy wraz z Jankiem Kłosowskim rano TLKa, kupiliśmy sobie po Bilecie Podróżnika, bo ubzdurało mi się, że powrotny pociąg też jest TLKą. Nie był, na 10 minut przed odjazdem zorientowaliśmy się, że to nie tania linia kolejowa, ale drogi ekspres Berlin - Warszawa. Janek został w Poznaniu czekać na nocny pociąg i trochę się jeszcze pobawić (ten pociąg też nie przyjechał i powrót Janka to oddzielna historia, jak słyszałem pełna kobiet). Tak też wygrażając swojej własnej głupocie i pozbawiony alternatyw - musiałem wracać już i teraz do psa, dziadka i roboty w niedzielę rano, zakupiłem prawie, że najdroższy bilet świata, i w ostatniej minucie zająłem miejsce.

Już jak jechaliśmy do Poznania 40 minutowe spóźnienie uznałem za zwyczajowe dla PKP luźne traktowanie terminów. Droga powrotna to była jednak zupełnie nowa skla kolejowych przygód. Nikt nie przewidział, że na skutek źle zawieszonego lemiesza pługu do odśnieżenia, lokomotywa zostanie uszkodzona i wystąpi konieczność podstawienia nowej. Co wiązało się z trzygodzinnym oczekiwaniem w Koninie, aż nowa lokomotywa przyjedzie, czy to z Poznania czy z Warszawy. Zamiast być więc w domu koło 23, byłem po drugiej w nocy, wyprowadziłem psa, zagrzałem mleko na płatki, włączyłem komputer aby pogadać z Martą i sprawdzić, co tam w pracy…

Tak też połowę z mojego wolnego dnia spędziłem w pociągu czytając od deski do deski, od tyłu na przód, góry do dołu, wspak i na krzyż, sobotni numer wyborczej. Chyba nawet teksty z działu “sport” przeczytałem. Za podkład służyła ścieżka dźwiękowa z “500 days of Summer”, stąd ta Regina.

Mógłbym mieć na nazwisko Spektor, sprzedawałbym grzejniki Konwektor

zing!

tyle jeszcze tego dobrego, że przez spóźnienie będę mógł się ubiegać o zwrot części pieniędzy za bilet. może nawet więcej niż 25 proc. hoho

i jeszcze, przypomniało mi się, że ostatni raz tym Eurostarem jechałem w listopadzie 2004 roku, też płacąc nieco więcej niż to rozsądne, ale wracałem z trzydniowej randki z Martą, więc byłem zbyt oszołomiony, aby myśleć logicznie. więc była to też podróż przez noc, pamięć, historie i rozliczenia z bójną przeszłością

Komentarze (Pokaż)
komenatrze obsługiwane przez Disqus