Recenzenci są ludźmi i też popełniają błędy. Mają słabsze i lepsze recenzje. Literówki, lapsusy językowe, podmienione fakty - to się zdarza. Nie powinno się zdarzać za często. Tak naprawdę nie powinny się zdarzać w ogóle. Ale jesteśmy tylko ludźmi, a błędów w tej dziedzinie nie popełniają jedynie ci, którzy nie piszą w ogóle. Odsądzanie od czci (w odróżnieniu od normalnego zauważenia bądź poprawienia) recenzenta za to, że w obszernej recenzji skoncentrowanej na mistrzostwie narracyjnym pomylił nazwę studia odpowiedzialnego za przygotowanie innej, wspomnianej jedynie przelotnie, gry nic nie wnosi do dyskusji i często świadczy o niemożności włączenia się w dialog o istocie danej gry. Agresywne wytykanie literówek, pomyłek w edycji bądź drobnych błędów typu przestawiona data i na ich podstawie wyciąganie apokaliptycznych wniosków dotyczących kondycji dziennikarska, szaleństwa dyrektorów “Polityki” zatrudniających takich grafomanów i podobne, to zazwyczaj próba ukrycia frustracji i braku rzeczowych argumentów. Powyższe konstatacja nie jest w żadnym stopniu próbą wytłumaczenia wszystkich niedociągnięć - zaznaczam to wyjątkowo emfatycznie. Biorąc się do pracy, recenzująca/y ma obowiązek jak najlepiej zapoznać się z grą. Powinien mieć przynajmniej pewne doświadczenie w danym gatunku, konwencji czy tematyce. Powinien - najlepiej jak potrafi - sprawdzić fakty, które przywołuje w tekście. Powinien próbować znaleźć perspektywę, która sprawi, iż recenzja gry nie będzie wyliczeniem jej technicznych możliwości, a bardziej krytyczną oceną wydawnictwa podkreślającą ten aspekt tytułu, który wydaje się w nim centralny.
Uwag kilka subiektywnych na temat recenzowania
o to to.