- Totalny bolszewizm. Nasza organizacja jest najlepsza, nieomylna i jedyna, a ja złamałem reguły organizacji, więc muszę za to zapłacić - mówi podniesionym głosem. Ale zaraz się uspokaja. Bo jako buddysta jest wdzięczny dyrektorowi, swojej kierowniczce i ścigającym się kolegom. Za wyzwolenie go z iluzji bycia bankowcem. - To była obsesja. Ambitna, trudna praca, w dobrym towarzystwie, za dobra kasę. Koniec, nigdy więcej - podkreśla. Poszedł na pół etatu do sklepu rowerowego i zarabia tyle, ile w banku. Ma dyplom romanisty i kurs operatora wózków widłowych. Może wyjedzie do Holandii.
To się spodoba Adzie