Ile tak naprawdę “w internecie” powstało tekstów merytorycznych, mających strukturę dającą się czytać, zawierających rzetelny opis a nie erupcję emocji? Który z blogerów czy dziennikarzy z portali czy vortali zbliżył się. Czy “internet” mógłby zrodzić dziś kolejnego Ryszarda Kapuścińskiego? Czy internetowi “watchmani” mogliby upolować jakaś aferę na miarę “starachowickiej” albo łódzkich “łowców skór”? Czy mogliby zainicjować akcję w stylu “rodzić po ludzku” Wyborczej albo WOŚP Owsiaka? Nie. Po stokroć nie.
Choć oczywiście nie sposób nie zgodzić się, że najbardziej masowe portale opierają się na kopiowaniu treści tworzonej przez prasę, telewizję czy radio, to wystarczy zajrzeć poza Onet, Salon24, przejrzeć uważniej kanały YT, aby zorientować się, że w internecie są kwadryliony unikalnej treści. Komiksy internetowe, College Humor, magazyny zajmujące się niszową tematyką, której nie chcą podjąć się tradycyjne media.
Autor potem się jeszce bardziej rozkręca, ale nie sposób następnych wynurzeń traktować już poważnie.